No nie, zaniedbuje tego bloga coraz bardziej... Przepraszam Was bardzo moi kochani, ale szkoła mnie wykańcza. Od kilku dni jestem chora ale dzisiaj mój kręgosłup jest posłuszny więc w wyniku nudy postanowiłam napisać coś nowego. Przepraszam jeśli nie wyjdzie, ale po pierwsze: czuje się jakby mnie coś przejechało, a po drugie: nie mam pomysłów. Miło było zobaczyć te UWAGA: aż 3 komentarze pod ostatnią notką :D Dziękuje, że ktoś z Was w ogóle się pofatygował :D Miłego czytania...
Koniec ferii zimowych
OCZAMI JUSTINA
Poniedziałek, pierwszy dzień szkoły, walentynki- po prostu lepiej być nie mogło, pomyślałem czochrając swoje włosy przed lustrem. Ubrałem się, byłem już spakowany od jakiegoś tygodnia- w końcu nie wychodziłem w ogóle z domu więc nie ma się co dziwić, że aż tak mi odwaliło. Zarzucając plecak na ramię, zbiegłem na śniadanie. Śmiechy i pogaduszki było słychać od rana, mama i jej nowy facet obściskiwali się i w ogóle. Wziąłem z talerza tosta i wyszedłem z kuchni- nawet mnie nie zauważyli, może to nawet dobrze. Zjadłem w pośpiechu, drugą ręką wiążąc buty i wyszedłem z domu. Od paru dni, śnieg sypał jak cholera, ale na szczęście mój samochód schowany był bezpiecznie w garażu, więc nie musiałem go odśnieżać. Rzuciłem plecak na przednie siedzenie, obok mojego i włączając radio ruszyłem do szkoły. Dawno nie słyszałem innych głosów, poza swoim i mamy. Chyba na prawdę mi odwaliło- odizolowałem się od świata na 2 tygodnie. Po paru minutach gadania do siebie, byłem pod szkołą. Zaparkowałem samochód, wysiadłem, a od tyłu wskoczyła mi na plecy jakaś dziewczyna. Była to Meg, moja dobra koleżanka.
-Justin, patrz co mam, od rana dziewczyny latają za mną i wrzucają mi kartki do worka specjalnie dla Ciebie, wiedzą, że jestem jedną z dziewczyn z, którą rozmawiasz dosyć często- uśmiechnęła się szeroko, wręczając mi coś w stylu różowej reklamówki.
-Dzięki, ale walentynki nie są dla mnie, dyskretnie to wyrzuć- puściłem jej oko, a ona odwzajemniła to uśmiechem.
W końcu, minąłem drzwi szkoły. Nic się w niej nie zmieniło, obskurne korytarze, popisane ściany- no, ale sam wybrałem, że będę dalej do niej chodził i uczył się z wszystkimi więc nie powinienem narzekać. Nagle zobaczyłem siedzącą na ławce, ze słuchawkami w uszach Jass. Spojrzałem na zegarek- 9:43. Zważając na to, że nie spałem w nocy -nie myślałem o niej od 7 godzin, to chyba mój rekord. Chciałem obrócić się na pięcie, i wyjść. Schować się gdzieś. To dziecięco głupie, ale tego właśnie chciałem. Uciekaliśmy od siebie. Coraz bardziej i częściej unikaliśmy siebie. Nawet modląc się z całego serca, aby się nie spotkać, natykaliśmy się na siebie, na każdym kroku. To było męczące i bolesne... Bardzo bolesne. Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że w głębi duszy coś do siebie czujemy, coś mocnego, nieopisanego to nie możemy normalnie porozmawiać. To nie stres, ani nic z tych rzeczy. Może po prostu jesteśmy tak mało dojrzali, że nie potrafimy tego rozwiązać w normalny sposób. Łza spłynęła mi po policzku. Bieber, nie becz- zaciskałem pięści, próbując wziąć się w garść. To żałosne- płaczący chłopak. Jass sprawiła, że stałem się jakiś taki.. Miękki.. Wrażliwy na ludzkie cierpienie, bardziej wrażliwy... Romantyczny... O mój boże co ja w ogóle wygaduje, pomyślałem.
-Zachowuje się jak baba- szepnąłem.
W pewnej chwili zorientowałem się, że stoję nieruchomo na korytarzu już od paru minut. Nadal wpatrzony w Jass. W moją piękną Jass, której tak bardzo chciałem dotknąć. Chciałem ją poczuć. Nie rozmawiamy ze sobą, może czeka, aż ja wezmę sprawy w swoje ręce. Ale przecież boje się odrzucenia. Zastanawiałem się co mogę zrobić. Nagle zadzwonił dzwonek. Udałem się na lekcje.
OCZAMI JASS:
Mój telefon zaczął wibrować, więc dyskretnie wysunęłam go z kieszeni spuszczając głowę, aby odczytać wiadomość. Na ekranie widniał napis "JUSTIN". Serce zabiło mi mocniej. Czego on może chcieć? Siedząc tak parę minut, postanowiłam nacisnąć przycisk "odczytaj wiadomość". Na ekranie pojawiło się tylko jedno słowo... Tęsknie...